Rozdwojenie jaźni pewnego ulubionego szlach-ciury przypuszczałem od dawna. Potwierdzenie tej tezy dał mi ale jego przepiękny post z 3 kwietnia roku pańskiego.
"Jak Państwo wiedzą, wszystko co publikuję, zawsze sygnuję własnym nazwiskiem." walnęło we mnie jak kasztan w metalowy dach w pierwszym zdaniu tego tekstu.
Huk, grzmot, strach, żadnego efektu i zero prawdy. Z jednej strony śmiech, a z drugiej pożałowanie, jak on się wszędzie podpisuje i popisuje. Forma zawsze znana i ten sam przekaz. Spotykam go bez podpisu codziennie na pewnej stronie i bawię się jak mogę trzymając za boki ze śmiechu.
To samo trzepnęło we mnie po kotłowaniu o kotłowni u mego muchomorka. Afera offshore-leaks na skali beuforta.
Jakiś w miare zwinny umysłowo zadał tam pytanie: kto temu jest winny i dostał też odpowiedź - wykonawca. Co ma z tym zlecenidawca. Ma, bo nikt nie zgłosił się na przetarg, a wykonawca jest mocny w gębie jak muchomorek, a jak dojdzie do bicia po łapkach to siedzi tak samo cicho jak ta z rodu (sa)Po-ciechy.
Obrazek dla moich ulubieńców.
Mam szczęście że się pod tym wszystkim nie podpisuję ;-).
Z jabłkami ziemnymi na słodko.
Pozdrowienia od Świnki.
OdpowiedzUsuń